poniedziałek, 11 listopada 2013

Tak się zaczęło

~POCZĄTEK

          Zwykłe życie. Każdy z nas przeżywa je na swój sposób. Niektórzy szaleją, a niektórzy przeżywają je w sposób neutralny, po prostu nie wychylając się. Jak to było ze mną? Czas zacząć. Jestem Christian Cocelin, a oto moja historia.
        To był poniedziałek o ile się nie mylę. Kolejny szary i zwyczajny dzień dla mnie. Mimo młodego wieku rozumiałem już wiele rzeczy i byłem samodzielny. Zazwyczaj już od rana byłem w domu sam. Czemu? Rodzice bardziej skupiali się na pracy. Mimo to ich kochałem. Zawsze wspierali mnie dobrym słowem. Wakacje są coraz bliżej, a ja nie miałem kompletnego pomysłu co będę ze sobą robić? Ehh to jeszcze nie czas, aby o tym myśleć. Wstałem, a raczej wyczołgałem się z łóżka. Moje włosy nie przypominały teraz w ogóle włosów. Bardziej jakąś perukę na której testowano wiele fryzur. No cóż, zawsze tak wyglądałem z rana. Ubrałem się i poszedłem do kuchni. Tam czekała na mnie karteczka. 'Niestety dziś wrócimy trochę później, ale chyba sobie poradzisz? Kochamy cię Christian. - Rodzice'. Przyzwyczaiłem się. Otworzyłem lodówkę i patrzyłem w nią przez dobre 5 minut. Trochę mi się to znudziło. Dziwne. Wyjąłem opakowanie jajek i zrobiłem sobie jajecznice. 'Smacznego' powiedziałem sam do siebie i zacząłem jeść. Co będę dzisiaj robić? Do szkoły nie pójdę, bo dopiero co przeprowadziłem się tutaj i rodzice jeszcze nie załatwili formalności. Było to dla mnie trochę dziwne, bo jednak byliśmy tu już 2 miesiące. Dlaczego tak długo czekali? W sumie mało mnie to obchodziło, cieszyłem się wolnością dopóki jeszcze mogłem. Zjadłem. Posprzątałem po sobie i myślałem co robić dalej. Nagle usłyszałem jakiś dziwny dźwięk z podwórka. Jakoś mnie nie zainteresował dlatego poszedłem do swojego pokoju i po prostu wszedłem na komputer. Nie, nie na facebooka. Po co mi to było? Nie miałem tutaj żadnych znajomych. Po prostu byłem samotny. Brakowało mi ludzi z mojego dawnego osiedla. Codziennie o nich myślałem, a tutaj trudno było mi się odnaleźć. No cóż. Odpaliłem jakąś grę, bodajże Assassin Creed IV, ale jakoś specjalnie mnie nie zaciekawiła. Nie kręciły mnie takie rzeczy. Zawsze odpływałem w swój świat, w którym byłem sam. Ja jedyny i wszystko czego zapragnąłem. Wziąłem zeszyt i zacząłem pisać. O czym? Tego sam nie wiem. Nagle coś za oknem mnie zainteresowało. Sowa w biały dzień wpadła w moją szybę! O co tutaj chodziło? Czy to jakiś głupi żart? Nagle sowa się ruszyła i odleciała dalej, ale coś upuściła. Ruszyłem w dół i wyszedłem z domu. Spojrzałem się na wycieraczkę i zauważyłem jakiś list. Zacząłem go oglądać. Jakaś dziwna, starodawna pieczątka, pismo jakby nie stąd. 'Ale komuś się nudzi, że robi mi takie żarty' - pomyślałem. Podarłem go i wrzuciłem do kominka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to błąd. Usiadłem w fotelu i zamknąłem oczy. Myślałem o tej dziwnej sytuacji i ani się nie obejrzałem już była czwarta. Trzeba było sobie zrobić obiad. Ale po co? Nie byłem głodny, więc położyłem się w łóżku i poszedłem spać. Obudziły mnie rozmowy tuż przed moim pokojem.
-Czy ty wiesz co to jest Marcusie? Tak to jest list z Hogwartu! - powiedziała moja mama.
-Widzę. Trzeba to świętować, nasz syn dostał się do największej szkoły w świecie magii!
Jaka szkoła? O co w ogóle chodzi? Nie musiałem długo się zastanawiać. Moi rodzice wpadli jak dzicy do mojego pokoju, zaczęli mnie podnosić i całować. Oczywiście ja nieogarnięty nie wiedziałem o co chodzi. Tata zaczął krzyczeć, że jest ze mnie dumny, a mama tak mnie poczochrała, że wyglądałem jeszcze gorzej niż z rana.
-O co chodzi? - spytałem
Moi rodzice przestali się cieszyć. Spojrzeli na mnie jak na ostatniego dziwaka, chyba powiedziałem coś źle. Zaczęli szeptać pomiędzy sobą. Niestety ale chyba zepsułem im święto. Zaczęli mi opowiadać o Hogwarcie o czarodziejach, o różdżkach, o Harrym Potterze, o Voldemorcie, o milionach innych rzeczy. Słuchałem z wielkim zainteresowaniem, ale nie brałem tego na serio. Brałem to za kolejny głupi żart, gdyż lubili oni tak robić, Przestałem to brać jako żart, kiedy w połowie wakacji mama i tata wzięli mnie na tak zwaną 'ulicę pokątną'. Zaparkowali i zabrali mnie przed jakąś ceglaną ścianę. 'Chyba coś się stało nie tak z moimi rodzicami' - pomyślałem. Jednak tata wyciągnął jakiś patyk, znaczy się oczywiście różdżkę i stuknął w jedną z cegieł. Nagle otwarło się przejście na wcześniej wspomnianą ulicę. Tata powiedział, że zajmie się książkami i innymi rzeczami potrzebnymi do szkoły, a mama niech zabierze mnie po coś specjalnego. Mieliśmy spotkać się przed jakimś pubem za 40 minut. Moja mama zabrała mnie przed jakiś bardzo duży bank. Było tam napisane 'Bank u Gringotta'. Weszliśmy do środka i po raz pierwszy doznałem dużego szoku. Zobaczyłem jakieś małe, brzydkie stworzonka. Wzięliśmy jakieś monety i odeszliśmy stamtąd bez słowa. Po drodze do innego z sklepów mama wyjaśniła mi, że były to gobliny i lepiej było z nimi nie rozmawiać. Doszliśmy do sklepu na którym było napisane 'Olivander'. Weszliśmy do środka i znów doznałem szoku. Półki pełne jakiś pudełek. Podszedł do nas jakiś pan.
-Witaj Olivanderze - powiedziała moja mama.
-Och, Anno to ty. Dawno się nie widzieliśmy. To twój syn? Ahh już szukam dla niego różdżki.
W sumie nie poruszyło mnie dotykanie i testowanie wielu różdżek, ale w końcu doszliśmy do tej ostatecznej. Poczułem pewne, nigdy wcześniej nie spotkane uczucie. Najpierw przeszedł mnie dreszcz, a następnie wypełniło mnie szczęście.
-Cyprys, jedenaście cali, rdzeń z jednorożca.
Nie zrozumiałem nic, ale Olivander dał mi tą różdżkę i pożegnał nas ciepło.
        Spotkaliśmy się z tatą przy jakimś pubie, a miał on ze sobą klatkę.
-Co to? - spytałem.
-Twoja sowa. Przypomina mi ciebie. Idealnie do ciebie pasuje i jest przydatna.
Zdziwiłem się. W końcu odjechaliśmy do domu. Następny miesiąc wakacji spędziłem myśląc ciągle o Hogwarcie i o tym do jakiego domu trafię.

Ciąg dalszy nastąpi jutro ;3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz