wtorek, 12 listopada 2013

Rozdział I - 'Co to będzie?'

~Co to będzie?

        Rok szkolny zbliżał się wielkimi krokami. Powiedziałem wielkimi? Chodziło o ogromne! To były niewyobrażalnie szybkie wakacje. Tak na prawdę wszystko stało się jasne. Z dnia na dzień już zbierałem się ze swoim bagażem na stacje King Cross. Wiedziałem już prawie wszystko. Rodzice mi wszystko objaśnili. Sami uczyli się w tej szkole, wraz z tym słynnym Harrym Potterem, choć oni byli w niejakim Ravenclawie. 
        A gdzie ja trafię? Właśnie to pytanie męczyło mnie przez ostatnie kilka godzin. Jechaliśmy już samochodem. Serce waliło mi jak dzikie. Jeszcze raz przyjrzałem się biletowi. Niby taki jak każdy, a jednak coś dziwnego z nim było. Przyjrzałem się jeszcze raz. 'Peron dziewięć i trzy czwarte'. Jak to możliwe? Przecież na stacji King Cross jest tylko stacja 9 i 10. Nie ma żadnego 'trzy czwarte'. Może to tylko ściema? Może w ogóle jedziemy w jakieś inne miejsce? Ale jednak nie. Dojechaliśmy na parking przed stacją King Cross. Poszedłem bez słowa za moimi rodzicami. Czułem się jak nigdy. Bałem się. Tego co mnie tak spotka, ludzi, nowego otoczenia, a nawet samej magii. Nie da się od tak zmienić swojego życia. Choć przyznam nie raz śniła mi się jakiś budynek w którym spędzałem większość swojego czasu. Może to był Hogwart? Mniejsza. Stanęliśmy przed jakąś barierką
-Jesteś gotowy? - spytał tata. Musisz teraz wziąć rozbieg i trafić prosto w ten murek.
-Że co?! - zaskoczony spytałem.
To było na prawdę dziwne. Nie wiem kiedy to się stało, ale znalazłem się po drugiej stronie. Było tu podobnie, ale roiło się od ludzi. Ostatni taki tłok widziałem w jakimś centrum handlowym. Nim się obejrzałem rodzice już byli obok mnie. Ciężko było się tutaj połapać. Ludzi przepychali się przez innych ludzi. Jedni znikali, a inni w tym samym momencie się pojawiali. Mama i tata czule się ze mną pożegnali. Mimo iż cały czas ich widziałem już za nimi tęskniłem. Bo co zrobię sam? Nikogo tu nie znam, jestem tak jakby inny. Może i rodzice wytłumaczyli mi o co chodzi w tej szkole i o co chodzi z magią, ale czuję się dalej 'inny' jeżeli można tak powiedzieć będąc otoczonym innymi czarodziejami. Wszedłem do pociągu i znalazłem jakimś cudem wolny przedział. Minęło sporo czasu za nim expres zaczął się ruszać dlatego zacząłem czytać książkę. Nim się obejrzałem już odjechaliśmy ze stacji. Ktoś otworzył drzwi od przedziału.
-Czy tutaj jest wolne, choć w sumie widzę, że tak. - powiedziała blondynka o niebieskich oczach. Wyglądała na równie zagubioną co ja.
-Pewnie siadaj.
Na początku panowała niezręczna cisza. W końcu ona odezwała się pierwsza.

-Widzę, że jesteś lekko zdenerwowany. Pierwszy rok? Mnie też to czeka, ale jestem do tego przyzwyczajona, moi rodzice też byli czarodziejami. Tak poza tym jestem Marie.
-Yyyy....Christian. Tak na prawdę od kilku miesięcy wiem kim jestem i gdzie jadę więc jest to dla mnie coś nowego.
Nasza rozmowa nabierała coraz większego rozrzutu. Dowiedziałem się o niej dużo ciekawych rzeczy. Wyjaśniła mi pojęcie mugol, o którym nic nie wiedziałem. Wydawała się dość sympatyczną osobą. Nagle do przedziału weszła starsza pani z wózkiem. Był on wypełnionym różnego rodzaju słodyczami, napojami. Zaproponowała aby coś kupić, ale nie byłem głodny. Za to Marie kupiła 'fasolki wszystkich smaków'. Spytałem się dlaczego wszystkie smaki. Do dzisiaj żałuję tego pytania. Trafiłem na fasolkę o smaku wątróbki. Natychmiast ją wyplułem. Zaśmialiśmy się i jedliśmy dalej. Nikt więcej nie trafił do naszego przedziału. W końcu nadszedł ten czas. Expres się zatrzymał, a z oddala padały krzyki 'pierwszoroczni do mnie!'. Razem z Marie od razu tam ruszyliśmy. Mieliśmy wiele kłopotów aby tam trafić, bo wysocy i starsi przepychali się przodem. W końcu doszliśmy do ogromnego człowieka z dużą i krzaczastą brodą. Zaprowadził nas do łódek. Wszedłem do niej razem z Marie oczywiście i dwoma chłopakami. Jeden z nich był brunetem, a z wyglądu przypominał chłopca pochodzącego z Chin. Mimo tego był sympatyczny, szybko się z nami zaprzyjaźnił. Na imię miał Shon. Kim był ten drugi? Tego nie wiem. Nie odzywał się. W ogóle. Mimo, że go zaczepialiśmy, on nie reagował. Było to co najmniej dziwne. Ale przyzwyczaiłem się już do dziwnych rzeczy. Dopłynęliśmy. Ruszyliśmy najpierw na dziedziniec, a potem byliśmy już przed wielką salą. Serce waliło mi jak dzikie. Doprowadził nas tutaj ten ogromny człowiek, który nazywał się Hagrid, a potem przejęła niezbyt stara pani. Miała długie brązowe włosy, aż do pasa. Chodziła w bardzo długiej i kolorowej szacie. Była to profesor Flower. Uczyła ona zielarstwa jak się później okazało. Wyjaśniła nam wszystkie formalności jeżeli chodzi o przypasowanie do domów. 'Tiara'? Pomyślałem, że może to być bardzo ciekawe. Weszliśmy. Wszystkim pierwszakom szczęka opadła, nawet mi. Oglądałem wszystko jak wryty. Wszyscy stanęliśmy przed krzesełkiem na którym leżała tiara przydziału. Zasady były proste. Podchodzimy kładziemy tiarę na głowę, a ona przydziela nas do domu. Minęło sporo czasu zanim przyszła moja kolej. Marie była już przydzielona do Ravenclawu, Shon do Gruffindoru, a chłopak który się nie odzywa do Slytherinu. Chciałem trafić tam gdzie Shon lub Marie. I w końcu podszedłem do krzesełka. Usiadłem i została mi nałożona tiara. Słyszałem dokładnie co mówiła.
-Hmm....ciekawe.....nie zbyt pewny siebie, a wręcz tchórzliwy. Jednakże jest w tobie coś intrygującego.
W tym momencie zaczerwieniłem się, ale kolor mojej twarzy nie pasował do koloru domu do którego tiara mnie dopasowała.

-RAVENCLAW!

poniedziałek, 11 listopada 2013

Tak się zaczęło

~POCZĄTEK

          Zwykłe życie. Każdy z nas przeżywa je na swój sposób. Niektórzy szaleją, a niektórzy przeżywają je w sposób neutralny, po prostu nie wychylając się. Jak to było ze mną? Czas zacząć. Jestem Christian Cocelin, a oto moja historia.
        To był poniedziałek o ile się nie mylę. Kolejny szary i zwyczajny dzień dla mnie. Mimo młodego wieku rozumiałem już wiele rzeczy i byłem samodzielny. Zazwyczaj już od rana byłem w domu sam. Czemu? Rodzice bardziej skupiali się na pracy. Mimo to ich kochałem. Zawsze wspierali mnie dobrym słowem. Wakacje są coraz bliżej, a ja nie miałem kompletnego pomysłu co będę ze sobą robić? Ehh to jeszcze nie czas, aby o tym myśleć. Wstałem, a raczej wyczołgałem się z łóżka. Moje włosy nie przypominały teraz w ogóle włosów. Bardziej jakąś perukę na której testowano wiele fryzur. No cóż, zawsze tak wyglądałem z rana. Ubrałem się i poszedłem do kuchni. Tam czekała na mnie karteczka. 'Niestety dziś wrócimy trochę później, ale chyba sobie poradzisz? Kochamy cię Christian. - Rodzice'. Przyzwyczaiłem się. Otworzyłem lodówkę i patrzyłem w nią przez dobre 5 minut. Trochę mi się to znudziło. Dziwne. Wyjąłem opakowanie jajek i zrobiłem sobie jajecznice. 'Smacznego' powiedziałem sam do siebie i zacząłem jeść. Co będę dzisiaj robić? Do szkoły nie pójdę, bo dopiero co przeprowadziłem się tutaj i rodzice jeszcze nie załatwili formalności. Było to dla mnie trochę dziwne, bo jednak byliśmy tu już 2 miesiące. Dlaczego tak długo czekali? W sumie mało mnie to obchodziło, cieszyłem się wolnością dopóki jeszcze mogłem. Zjadłem. Posprzątałem po sobie i myślałem co robić dalej. Nagle usłyszałem jakiś dziwny dźwięk z podwórka. Jakoś mnie nie zainteresował dlatego poszedłem do swojego pokoju i po prostu wszedłem na komputer. Nie, nie na facebooka. Po co mi to było? Nie miałem tutaj żadnych znajomych. Po prostu byłem samotny. Brakowało mi ludzi z mojego dawnego osiedla. Codziennie o nich myślałem, a tutaj trudno było mi się odnaleźć. No cóż. Odpaliłem jakąś grę, bodajże Assassin Creed IV, ale jakoś specjalnie mnie nie zaciekawiła. Nie kręciły mnie takie rzeczy. Zawsze odpływałem w swój świat, w którym byłem sam. Ja jedyny i wszystko czego zapragnąłem. Wziąłem zeszyt i zacząłem pisać. O czym? Tego sam nie wiem. Nagle coś za oknem mnie zainteresowało. Sowa w biały dzień wpadła w moją szybę! O co tutaj chodziło? Czy to jakiś głupi żart? Nagle sowa się ruszyła i odleciała dalej, ale coś upuściła. Ruszyłem w dół i wyszedłem z domu. Spojrzałem się na wycieraczkę i zauważyłem jakiś list. Zacząłem go oglądać. Jakaś dziwna, starodawna pieczątka, pismo jakby nie stąd. 'Ale komuś się nudzi, że robi mi takie żarty' - pomyślałem. Podarłem go i wrzuciłem do kominka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to błąd. Usiadłem w fotelu i zamknąłem oczy. Myślałem o tej dziwnej sytuacji i ani się nie obejrzałem już była czwarta. Trzeba było sobie zrobić obiad. Ale po co? Nie byłem głodny, więc położyłem się w łóżku i poszedłem spać. Obudziły mnie rozmowy tuż przed moim pokojem.
-Czy ty wiesz co to jest Marcusie? Tak to jest list z Hogwartu! - powiedziała moja mama.
-Widzę. Trzeba to świętować, nasz syn dostał się do największej szkoły w świecie magii!
Jaka szkoła? O co w ogóle chodzi? Nie musiałem długo się zastanawiać. Moi rodzice wpadli jak dzicy do mojego pokoju, zaczęli mnie podnosić i całować. Oczywiście ja nieogarnięty nie wiedziałem o co chodzi. Tata zaczął krzyczeć, że jest ze mnie dumny, a mama tak mnie poczochrała, że wyglądałem jeszcze gorzej niż z rana.
-O co chodzi? - spytałem
Moi rodzice przestali się cieszyć. Spojrzeli na mnie jak na ostatniego dziwaka, chyba powiedziałem coś źle. Zaczęli szeptać pomiędzy sobą. Niestety ale chyba zepsułem im święto. Zaczęli mi opowiadać o Hogwarcie o czarodziejach, o różdżkach, o Harrym Potterze, o Voldemorcie, o milionach innych rzeczy. Słuchałem z wielkim zainteresowaniem, ale nie brałem tego na serio. Brałem to za kolejny głupi żart, gdyż lubili oni tak robić, Przestałem to brać jako żart, kiedy w połowie wakacji mama i tata wzięli mnie na tak zwaną 'ulicę pokątną'. Zaparkowali i zabrali mnie przed jakąś ceglaną ścianę. 'Chyba coś się stało nie tak z moimi rodzicami' - pomyślałem. Jednak tata wyciągnął jakiś patyk, znaczy się oczywiście różdżkę i stuknął w jedną z cegieł. Nagle otwarło się przejście na wcześniej wspomnianą ulicę. Tata powiedział, że zajmie się książkami i innymi rzeczami potrzebnymi do szkoły, a mama niech zabierze mnie po coś specjalnego. Mieliśmy spotkać się przed jakimś pubem za 40 minut. Moja mama zabrała mnie przed jakiś bardzo duży bank. Było tam napisane 'Bank u Gringotta'. Weszliśmy do środka i po raz pierwszy doznałem dużego szoku. Zobaczyłem jakieś małe, brzydkie stworzonka. Wzięliśmy jakieś monety i odeszliśmy stamtąd bez słowa. Po drodze do innego z sklepów mama wyjaśniła mi, że były to gobliny i lepiej było z nimi nie rozmawiać. Doszliśmy do sklepu na którym było napisane 'Olivander'. Weszliśmy do środka i znów doznałem szoku. Półki pełne jakiś pudełek. Podszedł do nas jakiś pan.
-Witaj Olivanderze - powiedziała moja mama.
-Och, Anno to ty. Dawno się nie widzieliśmy. To twój syn? Ahh już szukam dla niego różdżki.
W sumie nie poruszyło mnie dotykanie i testowanie wielu różdżek, ale w końcu doszliśmy do tej ostatecznej. Poczułem pewne, nigdy wcześniej nie spotkane uczucie. Najpierw przeszedł mnie dreszcz, a następnie wypełniło mnie szczęście.
-Cyprys, jedenaście cali, rdzeń z jednorożca.
Nie zrozumiałem nic, ale Olivander dał mi tą różdżkę i pożegnał nas ciepło.
        Spotkaliśmy się z tatą przy jakimś pubie, a miał on ze sobą klatkę.
-Co to? - spytałem.
-Twoja sowa. Przypomina mi ciebie. Idealnie do ciebie pasuje i jest przydatna.
Zdziwiłem się. W końcu odjechaliśmy do domu. Następny miesiąc wakacji spędziłem myśląc ciągle o Hogwarcie i o tym do jakiego domu trafię.

Ciąg dalszy nastąpi jutro ;3